Zastanawiałem się ostatnio nad tym, ile czasu tak naprawdę w ciągu całego życia tracimy na sprzątanie. To znaczy… chyba nikt tego jakoś bardzo dokładnie nie liczy, no bo to po prostu trzeba zrobić, nie ma wyjścia. Ale kiedyś z nudów spróbowałem to sobie oszacować. Wyszło mi, że to są długie godziny. Całe godziny w skali miesiąca, które teoretycznie można by spędzić na czytaniu, spacerowaniu, albo po prostu patrzeniu w okno na to, co się dzieje na zewnątrz. Zresztą, patrzenie w okno też bywa produktywne, w pewnym sensie pozwala odpocząć oczom od ekranów. W każdym razie, najgorsze i najbardziej frustrujące zawsze było dla mnie odkurzanie podłóg. Nie wiem do końca dlaczego, ale ten nieprzyjemny dźwięk silnika, ten gruby kabel plączący się ciągle pod nogami i blokujący się pod drzwiami… to zawsze wydawało mi się jakoś niepotrzebnie skomplikowane i zniechęcające.
Pamiętam te starsze odkurzacze. Wielkie, nieporęczne, plastikowe potwory, które trzeba było ciągnąć za sobą jak jakiś dziwny wózek na zbyt małych kółkach. Zawsze, ale to zawsze obijały się o futryny i narożniki. Do dzisiaj mam chyba ślady na rogu ściany w przedpokoju, gdzie obłupał się tynk. To znaczy, pewnie dałoby się to łatwo zaszpachlować i zamalować, ale jakoś brakuje mi na to czasu, zawsze jest coś ważniejszego. Zresztą, farba i tak by pewnie odprysła po kolejnym uderzeniu, więc to trochę walka z wiatrakami. Pamiętam też odkurzacz mojej babci, taki stary model. Wył jak startujący odrzutowiec i grzał się tak mocno, że można było przy nim suszyć pranie. Zamiast ułatwiać życie, samo przygotowanie go do pracy pochłaniało energię. Sobotnie poranki z tym urządzeniem były wręcz karą, a zawsze uważałem, że weekend powinien być wolny od takich przykrych obowiązków. Ale tradycja to tradycja, prawda?
Przejście na brak kabli
Potem, po latach, na rynku pojawiły się te wszystkie nowoczesne rozwiązania. Odkurzacze bezprzewodowe, pionowe. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem taką reklamę w telewizji, byłem niezwykle sceptyczny. Wydawało mi się to trochę… no nie wiem, jak droga zabawka? Jakiś taki gadżet zaprojektowany dla ludzi, którzy mają u siebie sterylne, białe, minimalistyczne apartamenty i odkurzają z podłogi tylko pyłki z powietrza. Myślałem, że mała bateria padnie po pięciu, może dziesięciu minutach, a siła ssania będzie wystarczająca co najwyżej do zebrania kurzu z idealnie gładkiej podłogi. A przecież ja mam dywany. Może nie jakieś bardzo grube, nie takie, w których można się po kostki zapaść, ale jednak dywany.
I do tego zawsze, absolutnie zawsze coś się rozsypie. W kuchni najczęściej. Kawa, cukier, okruchy z chleba po śniadaniu, które jakimś cudem spadają ze stołu. To chyba normalne w każdym domu, gdzie ktoś faktycznie mieszka na co dzień, a nie tylko bywa w weekendy. Więc szukałem czegoś, co faktycznie da sobie z tym radę i nie będzie wymagało podłączania wtyczki do gniazdka za każdym razem, gdy przechodzę do innego pokoju, bo to doprowadzało mnie do furii. Czytałem różne opinie na internetowych forach, przeglądałem strony, i w sumie większość z tych drogich urządzeń wyglądała tak samo. Różniły się tylko kolorami obudowy. No i oczywiście ceny były… powiedzmy, że potrafiły mocno zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie. Niektóre flagowe modele kosztowały tyle, co stary używany samochód moich sąsiadów. Zastanawiałem się szczerze, kto wydaje takie ogromne pieniądze na sprzęt, którego głównym i jedynym zadaniem jest zbieranie brudu z podłogi.
Dlaczego akurat ten konkretny wybór?
I tak, po naprawdę długich poszukiwaniach – a właściwie to trochę przez przypadek, bo szukałem czegoś zupełnie innego w internecie, chyba jakiegoś filtra do wody albo czegoś równie nudnego – trafiłem na pewien konkretny model. Konkretnie na laresar v7. Na samym początku pomyślałem, że to pewnie kolejna marka, o której mało kto słyszał, a która może za pół roku zniknie z rynku. Ale z drugiej strony… czy to ma aż takie fundamentalne znaczenie? W dzisiejszych czasach i tak zazwyczaj płacimy tylko i wyłącznie za znane logo na obudowie. Przynajmniej tak mi się wydaje, patrząc na większość sprzętów.
Zacząłem czytać specyfikację tego urządzenia i, szczerze mówiąc, brzmiało to całkiem sensownie. Siła ssania wydawała się w porządku, czas pracy na baterii również nie odbiegał od normy. Chociaż wiadomo, że producenci zawsze trochę zawyżają te wartości, żeby ładnie i przekonująco wyglądały w tabelkach reklamowych. Testują to pewnie w jakichś sterylnych warunkach laboratoryjnych, na absolutnie płaskich powierzchniach, a nie w moim prawdziwym salonie, gdzie na podłodze leży zaschnięte błoto i naniesiony z podwórka piasek. Mimo to, parametry na papierze były obiecujące.
Kwestia czworonożnych przyjaciół
Właściwie, to sierść jest u mnie w domu sporym problemem, o którym powinienem był wspomnieć wcześniej. Mam psa. Zwykły, bardzo przyjazny kundelek z adopcji, ale gubi sierść w takich przerażających ilościach, że czasami naprawdę zastanawiam się, jakim cudem nie jest jeszcze całkiem łysy. Gdziekolwiek nie pójdzie, zostawia za sobą kudłate ślady. Zatem ten nowy sprzęt musiał bezwzględnie sobie z tym poradzić. Odkurzacz, który nie radzi sobie z wbitą sierścią na dywanie, jest w moim domu po prostu zupełnie bezużytecznym meblem, o który tylko bym się potykał. To bardzo frustrujące, kupić coś za ciężko zarobione pieniądze, a potem i tak musieć klęczeć na podłodze z mokrą gąbką czy twardą szczotką, żeby doczyścić resztki. Dlatego byłem tu wyjątkowo ostrożny. Ale im więcej opinii od innych psiarzy czytałem, tym bardziej nabierałem przekonania.
Gdzie kupić, żeby nie żałować
Kwestia ceny to w ogóle bardzo ciekawy temat, nad którym warto się chwilę pochylić. Zauważyłem, przeglądając oferty, że rozrzut cenowy w sklepach internetowych potrafi być kompletnie absurdalny. Za ten sam produkt z tymi samymi akcesoriami można zapłacić o kilkadziesiąt procent więcej, tylko dlatego, że kupuje się w dużym elektromarkecie z kolorowymi szyldami. To chyba nie do końca w porządku, chociaż wolny rynek rządzi się swoimi prawami. Oni mają wielkie koszty reklam, a ktoś musi za to zapłacić w cenie produktu.
Postanowiłem, że nie będę przepłacać z czystej przekory. Znalazłem witrynę, która oferowała po prostu najlepszą, najbardziej uczciwą cenę. Nie było to wcale takie trudne, wymagało po prostu dziesięciu minut z porównywarką cen w dłoni. Jeśli kogokolwiek to w ogóle interesuje, to pełnowymiarowy, dobrze wyposażony odkurzacz laresar v7 można obecnie dostać za naprawdę rozsądne pieniądze, jeśli tylko wie się, gdzie spojrzeć. Znalezienie tego złotego środka to podstawa.
Rzeczywistość weryfikuje oczekiwania
Kiedy paczka w końcu do mnie dotarła, byłem, no cóż, umiarkowanie zadowolony. Odpakowałem karton dość ostrożnie, żeby nie podrzeć styropianu. Złożenie całości zajęło mi może pięć minut. Nie czytałem w ogóle instrukcji, bo z zasady tego nie robię, unikam ich jak ognia, chyba że coś ewidentnie do siebie nie pasuje. To chyba powszechna usterka mojego pokolenia. W każdym razie, wszystko kliknęło intuicyjnie na swoje miejsce. Jeśli musisz czytać instrukcję, żeby połączyć rurę, to znaczy, że ktoś projektując to urządzenie chyba się nie postarał.
Pierwsze użycie było dość przełomowe. Brak ciągnącego się z tyłu kabla to jest gigantyczna różnica. Zaczynasz sprzątać, nagle przypomina ci się pajęczyna w kącie sufitu, podnosisz urządzenie, ściągasz ją, idziesz dalej. Nie szukasz gniazdka. To pozornie błaha sprawa, ale u mnie zmieniła cały stosunek do tej czynności. Wcześniej to było wydarzenie. A teraz? Trwa to dwie minuty i po kłopocie. Dom jest ogólnie czystszy, bo sprzątam te drobne rzeczy na bieżąco.
Siła ssania, wbrew moim głębokim obawom, okazała się bardzo dobra. Dywany faktycznie odzyskały trochę dawnego koloru, bo szczotka z własnym napędem solidnie je wyczesuje. Zastanawiałem się przez moment, czy ta szczotka się zaraz nie zablokuje, ale czyszczenie wałka jest proste. Na ten moment jest okej, zobaczymy, co pokaże czas, bo to on jest ostatecznym weryfikatorem każdej elektroniki.
Ważne detale i podsumowanie
Zauważyłem też wagę urządzenia. Niektóre modele są tak niesamowicie ciężkie u góry, że po chwili boli ręka. Tutaj środek ciężkości jest dość rozsądnie umiejscowiony. Nie jest to piórko, fizyki i ciężaru ogniw się nie oszuka, ale da się tym całkiem swobodnie manewrować bez wizyty u fizjoterapeuty następnego dnia.
Opróżnianie kurzu to kolejna ulga. Ktoś wymyślił worki chyba tylko po to, żeby nas dręczyć finansowo i psuć humor przy ich wymianie. Bezworkowy pojemnik zwalniany jednym prostym przyciskiem to świetna sprawa. Oczywiście czasami trzeba lekko puknąć w dno pojemnika, bo coś dłuższego zablokuje się o filtr, ale i tak jest to gigantyczny skok naprzód w kwestii higieny.
Ostatnio przytrafił mi się mały wypadek z mąką podczas gotowania. Starym odkurzaczem pewnie bym to tylko niepotrzebnie rozmazał po całych kafelkach. Tutaj wziąłem samą jednostkę główną z krótką końcówką i wciągnąłem to zanim mąka zdążyła osiąść gdzie indziej. To te momenty, w których sprzęt naprawdę pokazuje, do czego został stworzony.
Nie twierdzę, że jest to rzecz w stu procentach wolna od jakichkolwiek mankamentów. Świat nie jest idealny. Pewnie można by dać mocniejsze oświetlenie szczotki podłogowej, co by się przydawało przy odkurzaniu ciemniejszych zakamarków, albo powiększyć trochę zbiornik. Ale biorąc pod uwagę to wszystko – funkcjonalność, wygodę i ten brak kabla – jestem spokojny o swój wybór i mój budżet, który nie został zrujnowany. Odkurzacz ma odkurzać, sprawnie i bez robienia problemów. I tak po prostu jest, oby jak najdłużej.
